wspomnienie - Łapskie Towarzystwo Regionalne

Szukaj
Idź do spisu treści

Menu główne

wspomnienie

Wspomnienie o łapskim cmentarzu
30.10.2015

Zbliża się dzień Wszystkich Świętych, dzień zadumy, refleksji i wspomnień. Dużo teraz myślę o czasach dzieciństwa i młodości, które minęły w Łapach. Swoimi wspomnieniami pragnę się podzielić z mieszkańcami Łap, a szczególnie młodymi. Pierwsze wspomnienie, to zbliżający się koniec wojny, kiedy Niemcy nasilili łapanki na mężczyzn i ludzi młodych. Mówiono, że potrzebują ludzi do kopania okopów i prac pomocniczych. Najstarsza siostra ukryła się w ,,dziesiątku’’ za cmentarzem. Był to chyba lipiec 1944 roku. Ja ze starszą siostrą donosiłam jej jedzenie. Pewnego razu kiedy wracałyśmy, zauważyliśmy niemiecki samochód ciężarowy jadący na cmentarz. Padłyśmy w kartoflisku, ale patrzyłyśmy co się będzie działo. Samochód wjechał główną bramą i zaraz skręcił w lewo. Z samochodu wyskoczyło kilku SS-manów i w ogromnym pośpiechu, do wcześniej widocznie wykopanych dołów wkładali workach ciała. Szybko zakopywali, stawiali małe brzozowe krzyże, przy każdym grobie salutowali. Wskoczyli na samochód i odjechali. Przerażone wróciłyśmy do domu. Jeszcze długo po wojnie były te groby, ale nie wiem co się z nimi stało.

Na drogę przed cmentarzem uciekaliśmy też podczas nocnych alarmów. Nocą leciały niemieckie bombowce na front wschodni. Jak odzywała się jękliwym tonem syrena warsztatów, należało nie zapalając światła, uciekać z domu. Buty nasze były ustawione według wzrostu i z wprawą nakładaliśmy je. Przed cmentarzem zbierało się dużo ludzi. Dzieciaki już rozbudzone, zaczynały harce. Jak tylko zbliżały się samoloty, pewnie mocno załadowane, bo wyczuwało się to po ich ciężkim, modulowanym warkocie – biegło się do mamy. Na niebie rozbłyskały reflektory, chyba obrony przeciwlotniczej z Białegostoku, które wyszukiwały w chmurach samolotów. Rozlegało się głuche dudnienie wystrzałów. Na Łapy nie spadła żadna bomba. Alarm odwoływała syrena i wracaliśmy do domu.Nie umiem powiedzieć ile razy tak uciekaliśmy. Po wojnie  cmentarz był dla mnie , moich sióstr i bandy dzieciaków terenem wspaniałych zabaw. Wyglądał zupełnie inaczej, tonął w zieleni krzewów i drzew, również owocowych. [ Dlaczego teraz jest pustynią? ]. Był dla mnie tajemniczym ogrodem. Bezbłędnie wiedziałam gdzie zakwitną pierwsze fiołki, w którym miejscu pojawia się poziomki. Na krzyżach wisiały blaszane wieńce, w powiewach wiatru cichutko dzwoniły. Grozą napawało nas miejsce w lewym górnym rogu cmentarza, gdzie chowano samobójców. Staraliśmy się tam nie zapuszczać. Bardzo zazdrościłyśmy koleżankom, które miały ,,swoje’’  groby na cmentarzu, a my nikogo. I na to znalazł się sposób. Po prawej stronie głównej alei zauważyłyśmy zaniedbany grób młodej dziewczyny i postanowiłyśmy, że to będzie ,,nasz’’. Był  on okolony pięknym, kutym ogrodzeniem z furtką. Na betonowym postumencie był metalowy krzyż z tabliczką, sam nagrobek otoczony betonem. Na tabliczce był napis; Emilia Jurowczik, zm. 1910 r. żyła lat 18.Z ogromną pieczołowitością zajęłyśmy się grobem Emilki. Sprzątałyśmy, przynosiłyśmy  kwiatki. Przed Dniem Zmarłych wyprawiałyśmy się do lasu zwanego ,, Cegielnią ;,po mech, wykładałyśmy nim cały grób, a na wierzchu  robiłyśmy krzyż z białych ;bobków;. O zniczach i chryzantemach wtedy nikt nie słyszał, ani nie widział. Znicze robiłyśmy z blaszanych pudełek po paście do butów. Z innych nagrobków zeskrobywałyśmy stopioną parafinę i po przetopieniu wlewałyśmy do pudełka , na środku którego był guziczek z knotem. Z jaką dumą stałyśmy przy grobie Emilki jak przechodziła procesja, wydawało się nam, że ;nasz; grób jest najpiękniejszy na świecie. Pamiętam też ludzi, którzy codziennie przychodzili na cmentarz .Był to fotograf p. Władysław Piotrowski , który odwiedzał grób swojego jedynego syna Januszka. Pani Czekuć  również miała na cmentarzu jedynego syna Czarka, który utonął w dniu ukończenia Szkoły Morskiej w Gdyni. Wypłynął w morze jachtem ze swoją dziewczyną. Kiedy jacht się wywrócił, zdążył przywiązać ją do masztu ale sam utonął.  Pani Czekuć zrobiła mu piękny pomnik z kotwicą. Z eleganckiej urzędniczki bardzo szybko stała się zgrzybiałą staruszką i rozpacz ją zabiła. Pamiętam też pogrzeb kochanego przez wszystkich ks. Proboszcza Henryka Bagińskiego. Kondukt żałobny ciągnął się od cmentarza do kościoła.

Inny charakter miały pogrzeby ludzi, którzy służyli nowej władzy i zginęli tragicznie po wyroku wydanym przez ludzi z oddziału Huzara. Pogrzeby te były świeckie. Platformę pokrytą czerwonym suknem ciągnęły dwa konie, powoził p. Józef Ruszczyński z szerokim uśmiechem i przylepionym papierosem. W pogrzebie nikt nie uczestniczył dobrowolnie. Taki pochówek miało małżeństwo Kalinowskich- działaczy PPR, przysłanych do Łap w celu zwalczania,, siedliska czarnej reakcji,,. Miałam wielce oryginalną ciotkę, która trzymała się zasady ,,chorych nawiedzać, umarłych grzebać,,. Chodziła na te pogrzeby. W czasie któregoś z nich, podczas salwy honorowej dostała  rykoszetem w kolano. O dziwo , nikt jej nie współczuł.

      W Zaduszki przed bramą główną stał długi szpaler żebraków. Najwięcej było inwalidów wojennych w starych, zniszczonych mundurach.

 W zeszłym roku byłam na cmentarzu w Łapach i niestety grób Emilki  pełni rolę śmietnika. Smutno.                            

 Przekazałam  część moich wspomnień dotyczących łapskiego cmentarza, mam nadzieję, że ktoś się nimi zainteresuje.

 Serdecznie pozdrawiam mieszkańców  Łap.



                                        Ewa I. ze Szczecina.


Łapski cmentarz w dawnej fotografii Władysława Piotrowskiego
Ze zbiorów Pani Danuty Skibko

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego