Mieczkowscy - Łapskie Towarzystwo Regionalne

Szukaj
Idź do spisu treści

Menu główne

Mieczkowscy


Historia rodziny Mieczkowskich

20.11.2015

Wiele łapskich rodzin, zwłaszcza tych, których potomkowie przyjechali do kolejarskiej osady z odległych stron, ma barwną i ciekawą historię. Część z nich, jak rodzina Mieczkowskich z Łap, może poszczycić się interesującymi wspomieniami. W 1996 r. Stanisław Mieczkowski postanowił je spisać dla potomności. Dzięki uprzejmości Pani Anny Mieczkowskiej-Chabros możemy je zaprezentować również na naszej stronie, za co bardzo dziękujemy. Całość wzbogacona jest zdjęciami rodzinnymi z domowego archiwum. Zapraszamy zatem do podróży w przeszłość, nie tylko rodziny Mieczkowskich, ale i dawnych Łap. Zarząd ŁTR.



Fragmenty kroniki rodzinnej spisanej przez Stanisława Mieczkowskiego w 1996 r., udostępnionej przez Annę Mieczkowską-Chabros



Moi rodzice przyjechali do Łap z Lubartowa dnia 4 marca 1919 r. z synem Henrykiem i bratem ojca Stanisławem, inwalidą wojennym. Zamieszkali u rodziców mojej matki Wincentego i Doroty Ptaszyńskich w dużym domu Radtmanów, otoczonym ogrodem owocowo - warzywnym, ciągnącym się od ul. Kolejowej* do ul. Kościelnej. Dziadkowie zajmowali kąt za ogromnym piecem w wielkiej kuchni, a rodzice z synem i bratem ojca zajmowali wielki pokój. Brat ojca zmarł w niespełna rok po moim urodzeniu i został pogrzebany  na miejscowym cmentarzu.

Rodzina powiększała się: ja urodziłem się ostatniego dnia lutego 1920, siostra Helena urodziła się 9 lutego 1922 , a brat Jan urodził się
12 lipca 1924. Narodziny Janka zapamiętałem na całe życie, bo były wydarzeniem nadzwyczajnym. Miałem cztery lata i cztery miesiące, była noc, spałem obok dziadków w kuchni, gdy babcia obudziła mnie, ubrała i wyprowadziła na ul. Kolejową, przeżegnała mnie i kazała biec do cioci Józi i powiedzieć jej, żeby zaraz przyszła do Anki ( mojej matki ). Pobiegłem ciemną ulicą wzdłuż płotu Warsztatu Kolejowego wysokiego i ociemniającego ulicę z jednej strony i niskich płotów odgradzających ciemne ogrody, w których ujadały psy, z drugiej strony. Biegłem, potykałem się, padałem ale dobiegłem do bramy domu ciotki. Kołatałem i krzyczałem tak głośno, że pobudziłem nie tylko domowników, ale także sąsiadów. Powiedziałem a właściwie wyszlochałem, co mi babcia kazała i zaraz usnąłem obok mego brata ciotecznego Ziótka. Kiedy po kilku dniach wróciłem do domu podsłuchałem jak babcia opowiadała przyjaciółkom matki o wyczynach doktora Odyńca, który męczył się całą noc, ale uratował matkę i dziecko, mimo, że musiał ją zoperować. Zafascynowany tymi opowiadaniami babci wziąłem szmacianą lalkę mojej siostry rozciąłem jej brzuch tak skutecznie, że wysypały się z niej trociny i została tylko metalowa główka. Siostra płakała okropnie, a ja dostałem od babci mokrą ścierą kuchenną.

Mama chorowała dość długo, więc ojciec posłał mnie do ochronki przy Ognisku Kolejowym po drugiej stronie ul. Kolejowej. Już pierwszego dnia „narobiłem wstydu całej rodzinie”, bo nafajdałem do wielkiego rondla stojącego na korytarzu, myślałem że to nocnik. Dostałem za to ścierą od kucharki i burę od wychowawczyni, a w domu babcia dołożyła mi mokrą ścierką. Dziadek Wincenty Ptaszyński ocenił obydwa moje wyczyny pozytywnie i  w nagrodę wziął mnie w sobotę na Narew, gdzie latem kąpał się w towarzystwie przyjaciół. Dziadek i jego przyjaciel Bronek Szenfeld stali w wodzie po kolana, palili i gadali, a ja kręciłem się koło ich nóg. Nie zauważyli kiedy wpadłem do głębokiej wody i tonąłem. Wyciągnęli mnie jednak w porę i wytrzęśli ze mnie wodę. Parę lat bałem się rzeki. Miałem chyba 9 lat, gdy Narew wylała latem, zalała łąki i ogrody na Popłońcu, chłopcy kąpali się, a ja nie. Henio Dziemianowicz drwił ze mnie i nazwał mnie tchórzem. Wtedy zdesperowany skoczyłem do sadzawki i po jej dnie pod wodą (nurkiem) przeczołgałem się  do drugiego brzegu. Przestałem się bać i szybko nauczyłem się pływać.

W wielkim domu Radtmanów mieszkali od strony północnej Arcykiewiczowie z córką Bronisławą, przyjaciółką mojej matki i matką chrzestną mego brata Henryka, z którymi moi rodzice i brat wracali z Rewala do Polski; od strony wschodniej syn gospodyni Jan z żoną i dwoma synkami, z którymi bawiłem się; od strony południowej mieszkaliśmy my, to znaczy moi dziadkowie i rodzice z dziećmi; a od strony zachodniej mieszkała gospodyni z córką. Dom przykrywał wysoki dach kryty gontem, pod którym był wielki strych, do którego wchodziło się zewnętrznymi schodami usytuowanymi przy oknie naszej kuchni. Te schody były wspaniałym miejscem zabaw i moich wyczynów sportowych. Czasem, gdy babcia lub mama nie przeszkadzały, właziłem po tych schodach na strych do gołębi hodowanych przez syna gospodyni. Gołębie płoszyły się, gruchały i uciekały; w ten sposób alarmowały babcię, która natychmiast interweniowała z mokrą ścierką. Podczas jednej z wypraw na strych zauważyłem małego zwierzaka szarpiącego gołębia. Powiedziałem o tym Janowi, który zastawił pułapkę i złowił w nią tchórza, mordercę gołębi.

Wiosną 1925 r. cała nasza sześcioosobowa rodzina zamieszkała w nowym domu na osiedlu kolejowym zwanym „Wygwizdowo” dlatego, że wszystkie pociągi jadące do Łap z zachodu gwizdały przed sygnałami i przejazdami po obu stronach osiedla. Długo nie mogliśmy spać i przyzwyczaić się do tych gwizdów i turkotu pociągów, zwłaszcza pośpiesznych i towarowych, które okropnie hałasowały. Na osiedlu tym w czterech domach czterorodzinnych zamieszkali pracownicy Warsztatów Kolejowych z rodzinami, a jednocześnie budowane były jeszcze dwa domy oraz piwnice ziemne i płoty. Przed oknami naszego domu były naturalne stawy obrosłe wikliną, a w nich karasie i żaby. Uciekałem z domu do robotników budowlanych, przesiadywałem przy ognisku, wracałem do domu usmolony, cuchnący dymem i smołą. W następnym roku zasypano stawy, ogrodzono całe osiedle i doprowadzono wodociągi.

We wrześniu 1927 r. rozpocząłem naukę w pierwszej klasie szkoły powszechnej. Miałem już siedem i pół roku, umiałem czytać i pisać, znałem sporo modlitw i cały katechizm. Nudziłem się na lekcjach polskiego i religii. Przeszkadzałem nauczycielom, którzy stawiali mnie do kąta, a nawet wyrzucali za drzwi, gdy robiłem głupie miny do grzecznych dzieci. Zawsze, kiedy stałem za drzwiami na korytarzu wpadałem w ręce kierownika szkoły Antoniego Naruszewicza**, który targał mnie za uszy, podciągał za włosy, a nawet bił kościstymi długimi palcami po tyłku i wreszcie wlókł pod drzwi swego gabinetu, gdzie musiałem stać pod nadzorem woźnego aż do przyjścia dziewcząt na popołudniową zmianę. Stałem się pośmiewiskiem, narażony byłem na drwiny chłopców i dziewcząt. Wyśmiewany i upokarzany biłem szyderców, co pogarszało jeszcze moją sytuację. Kierownik szkoły uznał mnie za łobuza, a ojciec karał biciem. Tak przez dwa lata męczyli się ze mną, a ja z nimi, mój wychowawca Stanisław Kulesza i moja katechetka Modzolewska. Dopiero w trzecim roku nauki, gdy wychowawcą mojej klasy została żona kierownika Januszewiczowa, panna Kiełpszówna zaczęła uczyć nas języka niemieckiego (niestety tylko jeden rok), a religii zaczął uczyć ks. Jan Skrzeczkowski, uspokoiłem się i przestałem dokazywać, ale kierownik szkoły, który uczył nas fizyki, uważał mnie nadal za łobuza i dokuczał przy każdej okazji.

Uczyłem się bez trudu, przechodziłem z klasy do klasy mimo niechęci kierownika szkoły. Zawdzięczam to  przede wszystkim jego żonie, która wykorzystując moje zamiłowania do prac ręcznych,  w tym umiejętność oprawiania książek, czego uczył nas harcmistrz Babiński, zaangażowała mnie do robienia plansz ortograficznych, którymi obwieszała ściany klas szkolnych oraz do oprawiania książek biblioteki szkolnej. Czytałem wszystkie książki oprawione i naprawione. Bywałem też w mieszkaniu kierownika szkoły, gdzie na polecenie jego żony kopiowałem wzory kilimów i dywanów, wykorzystywane do robienia ozdób ściennych w klasach szkolnych. Prefekt ks. Jan Skrzeczkowski zwerbował mnie do Rycerzy Niepokalanej i Eucharystii Chrystusowej. Nauczyciel śpiewu Franciszek Fuchs włączył mnie do chóru szkolnego, który śpiewał w dniu imienin kierownika szkoły Antoniego i na wszystkich akademiach dla uczczenia świąt narodowych. Śpiewałem też partie solowe w różnych inscenizacjach teatrzyku szkolnego występującego na tych akademiach.

Matka aktywistka NOK, AK i św. WaP, postanowiła oddać mnie do jednej ze szkół zakonnych i wyuczyć mnie na księdza. Miejscowy proboszcz ks. dr Kazimierz Grunwald odradzał matce realizację tego postanowienia, zalecił cierpliwość i normalną naukę w gimnazjum świeckim oraz bezzwłoczne rozpoczęcie służby Bogu i Kościołowi w charakterze ministranta. Kazał mi wyspowiadać się u prefekta i nauczyć się ministrantury. Spowiednik uznał za najcięższy mój grzech nieposłuszeństwo i sprzeciwianie się woli ojca i matki, kazał modlić się do św. Stanisławów, prosić ich o pomoc i codziennie służyć do mszy świętej. Poddałem się woli matki, szybko nauczyłem się ministrantury i do ukończenia 15 lat codziennie służyłem do mszy świętej oraz uczestniczyłem we wszystkich uroczystościach kościelnych. W 1934 r. jako czternastolatek wstąpiłem do Sodalicji Marjańskiej w Łapach. Pogodziłem się z myślą, że będę księdzem. Uspokoiłem się, co cieszyło rodziców, a zwłaszcza matkę. Nauka, służba Bogu i Kościołowi, obejmująca również czyszczenie i pilnowanie samochodu proboszcza, wypełniały mi czas. Ponadto zacząłem interesować się sportem. Zostałem skierowany na obóz KPW w Zalesiu koło Smorgoni nad Wilią, gdzie trenowałem bieganie i pływanie oraz uczyłem się boksu. Po powrocie z obozu zostałem wcielony do drugiej drużyny piłki nożnej KPW Łapy i uczestniczyłem w biegach przełajowych. Nie zrezygnowałem też z wakacyjnych wypraw łódkami po Narwi, do lasów na grzyby i na wieś do Janówki i do Łopienia Szelągi, gdzie odnaleźliśmy kuzynów Gołębiewskich.

W 1932 r. z piątej klasy PSP w Łapach zdawałem egzamin do Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Zygmunta Augusta w Białymstoku. Egzaminu nie zdałem. Chodziłem więc do szóstej klasy PSP w Łapach i doskonaliłem na korepetycji gramatykę i matematykę. W czerwcu 1933 r. zdałem egzamin do Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Józefa Piłsudskiego w Białymstoku, lecz nie zostałem przyjęty z powodu braku miejsc dla kandydatów z gorszymi wynikami egzaminu. W sierpniu tegoż roku zdałem egzamin wstępny do nowo utworzonego Prywatnego Koedukacyjnego Gimnazjum i Liceum Polskiego Towarzystwa Oświatowego im. Henryka Sienkiewicza w Białymstoku i zostałem przyjęty do pierwszej klasy gimnazjum. Za naukę musiałem  płacić  czesne  wynoszące  w  pierwszym  roku 25 zł miesięcznie, zwiększane w każdym następnym roku o 5 zł, czyli do 30, 35 i 40 zł miesięcznie. W grudniu  1934 r. za dobre wyniki i sprawowanie obniżono mi czesne do 20 zł miesięcznie. Uczyłem się raczej średnio, ale pracowałem społecznie. Byłem skarbnikiem Gimnazjalnej Samopomocy Uczniowskiej, aktywistą LMiK, członkiem sekcji żeglarskiej i organizatorem budowy żaglówki typ P7 pływającej do 1939 r. na Naroczy, członkiem chóru szkolnego i szkolnej drużyny piłki nożnej. Polonista prof. Jan Orłowski przydzielił mi dwóch słabych uczniów, których miałem podciągnąć w pisaniu wypracowań; pisałem je dla nich za wynagrodzeniem.

Na przełomie lat 1937 - 1938 r. z powodu nawiązania niewłaściwych znajomości i związanego z tym nieporozumienia z ks. prof. od religii zmuszony zostałem do zmiany szkoły. Przy życzliwej pomocy Dyrektora prof. Ryszarda Wójtowicza przeszedłem w styczniu 1938 r. do Prywatnego Koedukacyjnego Gimnazjum i Liceum Matematyczno Przyrodniczego Zeligmana, Lebenhafta i Dereczyńskiego w Białymstoku, w którym ukończyłem naukę w 1939 r. W tej szkole nie miałem żadnych ulg i musiałem płacić czesne w wysokości 40 zł miesięcznie. Egzaminy maturalne u „Zeligmana” odbywały się pod nadzorem Kuratorium Brzeskiego i były znacznie trudniejsze niż w pozostałych liceach białostockich.

Pracę zarobkową rozpocząłem w 1935 r. oprawianiem książek dla biblioteki Związku Kolejarzy Polskich w Łapach. Oprawiłem ponad 80 książek, za co dostałem 72 zł, podczas gdy koszty własne wyniosły mnie 30 zł, a narzędzie pracy dostałem bezpłatnie od ojca. W 1936 r. pracowałem jako robotnik z bratem Henrykiem i jego kolegą ze Szkoły Technicznej w Wilnie - synem właściciela Warsztatu Mechanicznego p. Matoszki przy odbudowie spalonej Wagonowni Warsztatów Kolejowych w Łapach. W ciągu sześciu tygodni wakacyjnych zarobiłem 110 zł. W 1939 r. w okresie od 16 lipca do 31 października pracowałem jako asystent kierownika zasobów Warsztatów Kolejowych w Łapach p. Władysława Gulbinowicza. Zarobiłem w tym czasie łącznie z odprawą wojenną 207 zł.

Mój ojciec Władysław Mieczkowski pracował w Warsztatach Kolejowych w Łapach od marca 1919  do 11 października 1939 r. kolejno na stanowiskach: majstra, brygadzisty, zastępcy kierownika działu (Michała Staniewicza) i kierownika robót kotlarskich. Nie należał do żadnych organizacji politycznych. W 1932 r. został wybrany przez pracowników warsztatów o orientacji prorządowej do zarządu Związku Kolejarzy Polskich w Łapach, do którego należał od 1921 r. Związek ten był alternatywnym dla lewicowego Związku Zawodowego Kolejarzy, w którym działało kilku miejscowych komunistów. Ojciec nie miał w Łapach ani wrogów ani nieprzyjaciół. Ludzie lubili go; miał wielu przyjaciół, zwłaszcza wśród robotników. Dnia 11 października 1939 r. ojciec został aresztowany przez NKWD przy bramie warsztatów i osadzony w miejscowym areszcie, skąd po kilku dniach przewieziono go na rozprawę sądu w Sokołach, gdzie wymierzono mu karę dwa razy po siedem lat razem 14 lat obozu pracy za „ciemiężenie robotników” i za „wrogi stosunek do władzy ludowej”. Z Sokół został przewieziony do więzienia w Łomży, skąd w listopadzie specjalnym pociągiem zesłańców został wysłany do Łagru w Komi ASSR nad Sewernoj Drwinoj. Dnia 13 kwietnia 1940 r. moja matka, siostra i brat oraz babcia Dorota Ptaszyńska, która przebywała w naszym mieszkaniu, zostali wyprowadzeni z domu z podręcznym bagażem, załadowani do wagonów specjalnego pociągu, w którym oczekiwali na stacji kolejowej na doręczenie im pieniędzy uzyskanych z licytacji wyposażenia domowego, a wieczorem tego dnia wyruszyli w podróż do Kazachstanu.

Dnia 28 kwietnia 1940 r. dotarli na miejsce zesłania, to jest do posiołka Wsiewołodowka w rejonie Airtałskim, Sewierno - Kazachstańskiej Obłasti. Tam już 2 czerwca zmarła babcia Dorota (na różę syberyjską) i została pogrzebana obok wiatraka, a jej grób wnuki przykryły płaskim kamieniem. Rodzina została zakwaterowana w domu Kiryczenków, Ukraińców przesiedlonych tam w latach dwudziestych. Iwan Kiryczenko pracował w miejscowej mleczarni i utrzymywał żonę Marusię, syna Pietię i babuszkę, matkę Marusi. Gospodarze mieli krowę i psa Łyskę, który został towarzyszem mego brata w jego wyprawach zimowych po drewno z odległych lasów i przyprowadzał go do domu w czasie zawiei i burz śnieżnych.

W końcu maja 1941 r. moja matka, siostra i brat zostali przewiezieni z Wsiewołodowki (oddalonej o 180 km od kolei) do obozu pracy przymusowej w miejscowości Atbasar, Akmolinskaja Obłast, gdzie dzieci pracowały na Uczastku Stalińsko-Magnitogorskiej Żeleznodorożnoj Magistrali, jako robotnicy budowlani linii kolejowej, stacji kolejowej, wierzy ciśnień, mostów i warsztatów, a później baraków mieszkalnych, a matka jako kucharka. Do czasów wybudowania baraków mieszkali w namiotach. Warunki życia i pracy były okropne, w rezultacie zarówno siostra jak i brat wywieźli z Atbasary gruźlicę płuc z pylicą.

Napad Niemców na Związek Sowiecki 22. 06. 1941 r. spowodował wprowadzenie stanu wojennego i pogorszenie warunków pracy, a robotników pilnowali uzbrojeni żołnierze. Dopiero po zawarciu umowy przez Rząd Polski z Sowietami warunki pracy poprawiły się, a robotnicy mieli wolne niedziele. Z obozu wypuszczono jeden transport ochotników do polskiego wojska, którym wyjechał mój brat Janek. Przed świętami Bożego Narodzenia przyjechał do obozu, do matki i siostry, mój ojciec, którego zwolniono z Łagru Komi, a do wojska nie przyjęto z powodu złego stanu zdrowia (nerki i zapalenie stawów), ale dostał adres obozu Atbasar. W ślad za ojcem przybyli do obozu zesłańcy, podobnie jak on wycięczeni, nie przyjęci do wojska. Ojciec mimo choroby został zmuszony do przyjęcia pracy jako brygadior, specjalista - technik montażu ciężkich elementów konstrukcji metalowych. Kierował doskonałą brygadą Niemców Nadwołżańskich, ale miał majstra komunistę Nowika, który nienawidził Niemców i Polaków i groził ojcu, że go wykończy.

Dnia 14 października 1943 r. po rozebraniu rusztowań wewnętrznych w hali warsztatów kolejowych majster Nowik dostrzegł kawałek liny wiszącej na belce pod sufitem i kazał ją zdjąć jednemu młodemu i niedoświadczonemu robotnikowi - Niemcowi Nadwołżańskiemu. Ojciec zaprotestował, nie zgodził się na wykonanie polecenia bez zabezpieczenia. Wtedy Nowik nakazał ojcu wykonanie tego polecenia, skoro tak dba o swoich Niemców. Ojciec wykonał to polecenie. Podstawił dźwig i po jego ramieniu dostał się do belki, ale przy rozplątywaniu jej spadł razem z nią na parowóz, a z niego na cementową podłogę, z roztrzaskaną głową, połamanymi kończynami, obojczykami i żebrami. Został zawieziony do szpitala gdzie umierał przez kilka godzin w obecności bezradnego felczera oraz rozpaczających żony i córki, które zapamiętały jego ostatnie słowa „pamiętajcie, że to bolszewicy mnie zamordowali, tak jak chcieli”. Córka - moja siostra nigdy nie zapomniała tych słów. Ojciec został pogrzebany w Atbasarze, a matka zrezygnowała z proponowanej jej możliwości zaskarżenia Nowika, za co wdzięczny naczelnik budowy przeniósł jej córkę - moją siostrę do pracy biurowej na stanowisko szczytowoda na materialnoj bazie.

Dnia 7 listopada 1944 r. miejscowe NKWD dopisało moją matkę i siostrę na listę rodzin żołnierzy Berlinga przeznaczonych do wyjazdu z głodującego, surowego Kazachstanu do Dniepropietrowskoj Obłasti, gdzie miały pracować w kołchozach pozbawionych robotników, a pełnych żywności. Jechały tam miesiąc w wagonie towarowym, w którym stłoczono 102 kobiety z dziećmi, brudne, zawszone i chore na tyfus, ale dojechały, pracowały i odkarmiły się, kukurydzą, ziemniakami, kapustą i ogórkami. W końcu stycznia 1945 r. matka przy pomocy poznanych życzliwych ludzi i przekupstwa została dopisana do „wyzywu” i dostała „propusk” na kupno biletu kolejowego z Dniepropetrowska do Baranowicz i wraz z córką - moją siostrą wyruszyła do Polski. Droga przez kraj zniszczony wojną, stacje kolejowe terroryzowane przez bandy, z przesiadkami i szturmowaniem wagonu, trwała długo. Przez  Kijów,  Sarny,  Brześć,  Baranowicze i  Lidę dotarły do Białegostoku dnia 9 marca 1945 r, a stąd do Łap dnia 13 marca 1945 r.

W Baranowiczach matka i siostra dostały świadectwa ewakuacyjne i pieniądze, a dobrzy ludzie, Polacy, zapewnili im powrót do cywilizacji - wykąpali, odwszyli, nakarmili i udostępnili czyste łóżko do spania. W Łapach odnaleźli siostrę matki Józefę Poniatowską, która przeżyła tam nieszczęścia wojenne, w tym również utratę domu rodzinnego, wynajęły mieszkanie i urządziły przy pomocy Ziutka Poniatowskiego i jego żony Marysi oraz ks. Mieczysława Daniłowicza, wikarego parafii, który darował im ich własność nabytą w 1940 r. w licytacji rodzinnego gospodarstwa. W Łapach matka przeczytała mój list wysłany do ciotki Poniatowskiej przed wyjazdem na front i zaraz wyruszyła do Warszawy - Włochy, gdzie dowiedziała się, że już wyjechałem i otrzymała tylko numer poczty polowej 4 BAPP, do której zostałem skierowany. W Łapach miejscowy lekarz stwierdził, że siostra ma otwartą gruźlicę płuc. Rozpoczęła więc domową kurację i naukę w klasie maturalnej Semestralnego Liceum Matematyczno - Przyrodniczego, zakończoną w 1946 r. uzyskaniem świadectwa dojrzałości.

Ja w drodze z rejonu Niemiec Falkenhagen do Pszczyny dostałem w miejscowości Schenwitz aż siedem listów pisanych przez moją siostrę do mnie na adres poczty polowej. Wszystkie były jednakowej treści. Informowały o powrocie do Łap, o śmierci ojca i o Janku, wzywały do spotkania w nadziei, że wrócę z frontu. Spotkaliśmy się dopiero w październiku. Dostałem tydzień urlopu, ale siedziałem w Łapach prawie cztery tygodnie z powodu zwężania linii kolejowej do Warszawy i wysadzenia mostu na linii do Łomży. Kartę urlopową przedłużył mi D-ca. Garnizonu białostockiego i UB w Łapach, mogłem więc legalnie przebywać z siostrą i matką oraz z rodziną Poniatowskich. Cztery tygodnie rozmów, wspomnień, opowiadań o przeżyciach matki i siostry oraz ojca i brata, o okropnej śmierci ojca i babci, spotkań z matkami kolegów, którzy zginęli, wizyty u znajomych i przyjaciół, którzy przeżyli pięć koszmarnych lat wojennych, a także jednodniowy pobyt w zniszczonym Białymstoku, wypełniły czas i musiałem wracać do służby wojskowej, bo linia kolejowa do Warszawy przez Ostrołękę została uruchomiona.
 
W listopadzie 1945 r. matka przyjechała do mnie do Ostródy, gdzie odszukała znajomych, a nawet kuzynów - Wojciechowskich, którzy tutaj znaleźli pracę i lepsze warunki mieszkaniowe. Korzystając z uprawnień osadnika wojskowego mogłem wybrać sobie w Ostródzie ładny domek z ogródkiem i zaprezentowałem matce kilka do wyboru, ale żadnego z nich nie chciała, wolała pozostać w Łapach. Tutaj w Ostródzie matka odnalazła byłego zastępcę naczelnika Warsztatów Kolejowych w Łapach inż. Gojżewskiego, który dał jej świadectwo pracy mojego ojca, na podstawie którego uzyskała w DOKP Olsztyn przysługujące wdowom emeryturę i świadczenia. Miała więc zabezpieczone środki na skromne utrzymanie.

Koniec

Adnotacje Piotra Sobieszczaka

*   Wówczas była to ulica Fabryczna. Kolejowa znajdowała się po drugiej stronie torów
** Z pewnością chodzi tutaj o Antoniego Januszewicza

 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego